Mój TOP15 – Najlepsza fabuła w grach.

Pomyślałem, że stworzę listę moich ulubionych growych fabuł, a dla większego napięcia zrobię to w formie popularnych ostatnio TOP-ów. Na wstępie chciałbym jednak zaznaczyć, że to „moja” lista, a ja we wszystkie gry świata nie grałem. Do tego zapewne zapomniałem o niejednej znanej mi perełce. Tak czy siak – oto mój TOP15 fabuł w grach komputerowych!

Miejsce 15 – Mass Effect

Pierwszy przedstawiciel Bioware na mojej liście. Zdradzę, że nie ostatni. Fantastycznie wykreowane uniwersum, rewelacyjne, dające się polubić postacie i dosyć prosta, choć bardzo absorbująca opowieść. Mass Effect pod względem fabularnym jest bezapelacyjnie moją ulubioną częścią serii. Mamy tu zarówno zwroty akcji, jak i chwytające za serce momenty, a na dodatek zostawiono odpowiednią liczbę niedopowiedzeń, nie siląc się na idiotyczne wyjaśnienia tajemniczych aspektów kosmicznego uniwersum, jak w ostatniej części trylogii.

Miejsce 14 – Arcanum: Przypowieść o Maszynach i Magyi

Zacznę podobnie jak w przypadku Mass Effecta: to pierwszy przedstawiciel Troiki na liście. I nie ostatni. Arcanum to wielki erpeg, bez dwóch zdań jeden z moich ulubionych. Paradoksalnie, to nie fabuła jest jego najmocniejszą stroną. Ale i ona daje radę – stąd 14 miejsce na mojej liście. Najbardziej interesujące jest tu mieszanie się tytułowych Maszyn (technologii) i Magyi (magia i elementy nadprzyrodzone). Sama fabuła dość długo się rozkręca, początek może nawet trochę gracza zniechęcić, ale po jakimś czasie po prostu nie można się oderwać od monitora.

Miejsce 13 – Final Fantasy VII 

Nie jestem jakimś wyznawcą siódmego Finala. Gra jest bardzo dobra, ale nie uważam jej za arcydzieło. Niemniej jednak, fabularnie to najwyższa półka gier jRPG. O ile początek jest dosyć ciężki w odbiorze, sporo tu typowej dla gatunku umowności, tak po kilku godzinach akcja nabiera tempa i nie zwalnia już do napisów końcowych. Fajnal ujął mnie przede wszyskim uczuciem wielkiej przygody, jaką przyszło przeżywać niezwykle sympatycznym bohaterom gry. Warto zagrać w Final Fantasy VII choćby i dla samej historii.

Miejsce 12 – The Darkness

Niespodzianka, prawda? Ilu z Was grało w pierwszą część The Darkness? Pewnie niezbyt wielu. Jest to tym czasem jeden z najciekawszych FPS-ów, w jakie grałem. Rozgrywka jest przyjemna i całkiem, jak na strzelankę, złożona i zróżnicowana, ale wisienką na mrocznym torcie The Darkness jest opowieść. Poważna, mafijna historia z wplecionym wątkiem paranormalnym. Brzmi dosyć ciężko strawnie, ale uwierzcie, jest to naprawdę kawał dobrze opowiedzianej fabuły. Niestety sequel nie może się nawet równać do historii jedynki, zresztą nie powinno go w ogóle być, bo kompletnie zrujnował idealne, słodko-gorzkie zakończenie pierwszej części gry.

Miejsce 11 – Gray Matter

Miejsce dziesiąte przypadło przygodówce. Pozwolę sobie zacytować fragment mojego wpisu o grze.

Gra opowiada historię dwojga ludzi. Pierwsza z nich to Sam, młoda dziewczyna, której motor ulega awarii w okolicach Oxfordu. Druga z postaci to David Styles, profesor prowadzący pewne niezwykłe badania. Profesor, przed pojawieniem się Sam, w tajemniczych okolicznościach stracił żonę i od tego czasu zmienił swoje spojrzenie na świat. Stał się zgorzkniałym samotnikiem. Sam („TA” Sam, nie profesor) marzy o dołączeniu do Klubu Dedala, stowarzyszenia zrzeszającego magików.

To krótki opis dwóch bardzo ciekawych i złożonych postaci, ale o czym jest Gray Matter? W dużym skrócie, to opowieść o zjawiskach nadprzyrodzonych i… miłości. Najlepsze w fabule jest to, że z żadnym elementem nie przesadzono. Mało tego, w Gray Matter to „magia”, a raczej iluzja jest sztuką logiki i konsekwencji pewnych działań, a to z pozoru matematyczne, profesorskie badania mają w sobie nadprzyrodzoną cząstkę!

Do tego gra ma jeden z najpiękniejszych wątków miłosnych, jakie widziałem. Jeśli ktoś ma duszę romantyka, to może w ciemno kupować GM. Mamy tutaj opowieść o miłości silniejszej niż śmierć, jednocześnie podaną w bardzo strawnej formie. Ba, powiem że przy wątku profesora i jego żony, aż się prosi żeby w tle puścić sobie motyw Deionarry z Planescape Torment. Niech to będzie wystarczająca rekomendacja.

We wpisie właściwie wyczerpałem temat. Gray Matter to zaskakująca (bo kto spodziewał się takiej rewelacji?) i niezwykle wciągająca gra point’n’click, w którą warto zagrać, by przeżyć tą niezwykłą opowieść na własnym… ekranie.

Miejsce 10 – Fallout

Wojna… Wojna nigdy się nie zmienia. Nie zmienia się też pierwszy Fallout, gra najzwyklej wspaniała. Jednocześnie jest to dla mnie najlepsza fabularnie część serii. Chodzi mi tutaj o wątek główny, bo złożonością zadań pobocznych, jedynka nie może równać się ani z jej bezpośrednią kontynuacją, ani z New Vegas. Mamy tu z pozoru kameralne jak na grę RPG zadanie – znalezienia dla naszej krypty chipa odpowiedzialnego za oczyszczanie wody. Z czasem, co prawda, uratujemy świat, ale fabularne napięcie rośnie stopniowo. Prawdziwą wisienką na torcie jest tu postać głównego złego – Mistrza. Jedna z najbardziej tragicznych postaci w grach. I być może najlepszy główny przeciwnik, jakiego widziały nasze monitory.

Miejsce 9 – The Cat Lady

Ponownie pozwolę sobie zacytować swój wpis o wymienionej grze.

Bo The Cat Lady opowiada, często z przerażającym spokojem, o śmierci. Główną bohaterkę – Susan Ashworth – 40-letnią kobietę po przejściach, poznajemy gdy ta postanawia odebrać sobie życie. Jak się okazuje, z połowicznym skutkiem. Susan trafia na chwilę w zaświaty, gdzie tajemnicza kobieta (Śmierć? Szatan?) obdarza naszą bohaterkę nieśmiertelnością i przywraca ją do życia. Pani Ashworth trafia na szpitalny oddział dla samobójców, a gra zaczyna się na dobre.

A teraz pytanie – ile gier oferuje nam animowanie równie intrygującej postaci? Susan to zmęczona życiem kobieta, której życie było jedną wielką klęską, a jak się okazuje, nawet w śmierci nie znalazła ukojenia. Nie akceptuje tego faktu, a my na przestrzeni około 8 godzin zabawy, obserwujemy jej stopniową przemianę. Choć charakter pani Ashworth zależy też od nas – możemy wybierać różne dialogi, które znacząco zmieniają nasz odbiór postaci Susan. Przypomina to trochę The Walking Dead, gdzie mogliśmy kształtować swojego bohatera różnymi wypowiedziami i działaniami. Poza szukaniem sensu życia, motywem przewodnim gry jest też polowanie na zwyrodniałych morderców. Za sprawą daru (klątwy? brzemienia?) tajemniczej kobiety z zaświatów, Susan przyciąga do siebie typów spod ciemnej gwiazdy, którzy jednak nie mogą zrobić jej krzywdy – jak już wspomniałem, jest nieśmiertelna niczym Bezimienny z Planescape Torment i po każdym zgonie wraca do życia. To właśnie z wymierzaniem im sprawiedliwości wiąże się większość pochwalonych na początku zagadek.

Fabularny majstersztyk i jedna z najlepszych przygodówek, w jakie grałem. Pozycja obowiązkowa!

 

 —

Miejsce 8 – Neverwinter Nights – Mask of the Betrayer

Sztampy nie ma. Naszym celem jest zdjęcie klątwy, którą jesteśmy naznaczeni. Wszyscy wokół nie traktują nas jak w podstawce – jak herosa. Dla każdego jesteśmy odrażającym potworem. (…)

Z czasem pojawia się też wątek Zdrajcy. Kim on był? Co zrobił, że ludzie nie chcą nawet o nim mówić? Jakie były jego motywy? I wreszcie, co mamy z nim wspólnego? Twórcy nieustannie droczą się z graczem, stawiając mu pytanie za pytaniem i obiecują – jeszcze jedna lokacja, jedna misja i dostaniesz kolejną odpowiedź. I ich udzielają, z tym że historia z każdą chwilą rozwija się w taki sposób. że ciągle dostajemy coś nowego. Wraz z fabułą rozwija się też nasza klątwa. Z czasem otrzymujemy nowe umiejętności, ale co wnoszą, polecam odkryć samemu.

Obsidian dokonał z Maską Zdrajcy czegoś niezwykłego. Do lekkiej i przyjemnej opowiastki z Neverwinter Nights 2 napisał ciąg dalszy – niesamowity, kompletnie odmienny od poprzedniczki. Mocny, momentami poważny do bólu, a jednocześnie trzymający najwyższy poziom. To się nazywa dodatek!

Miejsce 7 – Knights of the Old Republic

Jeśli przymkniemy na to oko (nudnawą Ciemną Stronę Mocy), fabuła Knights of the Old Republic nie ma się czego wstydzić. Główny wątek wciąga niczym bagno gdzieś w głębi planety Dagobah: opowieść o przygodach z pozoru nieistotnego żołnierza Republiki rzuca nas w podróż po całej Galaktyce, przemierzymy kilka całkowicie odmiennych planet, na każdej z nich dowiadując się czegoś nowego o podstawowym celu naszej wyprawy. Tym jest znalezienie pewnego pradawnego artefaktu, którego w niedawnej przeszłości poszukiwali dwaj bohaterowie Republiki. A może raczej ex-bohaterowie, gdyż w końcowej fazie jednej z wojennych potyczek skusiła ich potęga Ciemnej Strony Mocy. O fabule Kotora staram się pisać ogólnikowo, nie wnikając w żadne szczegóły: bo tak zasiąść do tej gry jest według mnie najlepiej.

Co racja, to racja, pozostaje mi zgodzić się z autorem Jeśli nie wiesz nic o fabule Kotora – natychmiast nadrabiaj zaległości, a jeśli już wiesz – to wiesz także dlaczego do gry lepiej zacząć bez rozeznania „o co tutaj chodzi”. Klasyk nad klasyki.

Miejsce 6 – Metal Gear Solid 3: Snake Eater/Subsistence

Bardzo wysokie miejsce dla jednej z najmilszych niespodzianek mojej growej kariery. O ile dobrze pamiętam, był to mój pierwszy Metal Gear Solid. Nie spodziewałem się czegoś tak dobrego. Fabularnie Wężojad jest przedstawicielem takiej wschodnio-zachodniej mieszanki. Sporo tu humoru, ale też poważnych fragmentów, z których znany jest Hideo Kojima, a także jego studio.

A ostatnie dwie godziny gry… To dla naszych emocji jak przejażdżka prawdziwym rollercoasterem. Lepiej żebyś zapiął pasy, Czytelniku, bo czegoś takiego, jak w Metal Gear Solid 3 nie doświadczysz nigdzie indziej.

Miejsce 5 – Knights of the Old Republic 2

Tak, na liście znalazło się miejsce i dla drugiego Kotora. I to po takich peanach na cześć części pierwszej. Dwójka fabularnie jest dla mnie jeszcze lepsza. To piekielnie ponura, posępna opowieść o wygnanym Jedi, stawiająca trudne pytania nie tylko odnośnie ludzkiej natury, ale także całej ideologii, na której opierają się Gwiezdne Wojny. To gra, która mogłaby być fenomenalną książką. Chyba nawet lepszą książką, niż grą. Stąd bardzo wysokie miejsce na mojej TOP liście.

Miejsce 4 – The Last of Us

Jedyna nowa i wielka marka, która znalazła się na liście. Uwielbiam tę grę. Przede wszystkim za jej fabułę. Mamy tu kameralną opowieść o przyjaźni dwojga obcych sobie ludzi, o ojcowskiej miłości i poświęceniu. Nie znajdziesz tu demonicznego głównego złego (choć czarne charaktery jak najbardziej są), z którym na końcu gry stoczysz walkę nad szumiącym wodospadem. A jednocześnie zakończenie Last of Us zagra ci na emocjach jak niemal żadne inne. Coś wspaniałego. Naughty Dog, ani mi się ważcie zepsuć opowieść o Joelu i Ellie jakimś nędznym sequelem.

Miejsce 3 – Vampire the Masquerade: Bloodlines  

Zaszczytne miejsce trzecie zdecydowałem się, po długich namysłach, przyznać Vampire: the Masquerade: Bloodlines. Nad czym tak dumałem? Czy nie należy się ono The Last of Us. Przypada jednak Vampirowi – bo ta gra to fabularna (i nie tylko) perełka. To gra którą zaczynamy bez konkretnego celu, mamy po prostu przeżyć jako świeżo upieczony (byle nie w czosnku) wampir. Fabułę poprowadzono jednak tak zręcznie, że pod koniec zdecydujemy nawet o losach świata naszych zębatych braci. Zresztą, trzecie miejsce należy się choćby za końcowy (bardzo końcowy – ostatnia scena) zwrot akcji i ukazanie kim naprawdę była pewna postać. Jak ktoś nie załapał o kogo chodzi, warto sprawdzić w necie. Mistrzostwo świata.

Miejsce 2 – Silent Hill 2

Z wytypowaniem miejsca drugiego nie miałem większych problemów. To Silent Hill 2 i najambitniejsza historia, jaką widział interaktywny horror. Boski, intrygujący start – list od zmarłej żony i jeszcze lepsze rozwinięcie akcji oraz nieprawdopodobny punkt kulminacyjny z twistem godnym Psychozy. Silent Hill 2 nie tyle próbuje nas swoją opowieścią przestraszyć, co zasmusić. I udaje mu się tego dokonać, bo historia jest niezwykle dołująca. Prawdziwy diament ze stajni Konami. Wschodnie arcydzieło.

Miejsce 1 – Planescape Torment

Nie, nie zacznę od zapytania o to, co może zmienić naturę człowieka. Trywializowanie Planescape Torment i tematów poruszanych przez tę grę jest niewskazane, a za coś takiego można uznać sprowadzenie jej do jednego pytania. Torment to po mistrzowsku poprowadzona fabuła, wpleciona niemal bezbłędnie do erpegowej mechaniki odgrywania postaci. Jakiego Bezimiennego byś nie odgrywał, jakimkolwiek Bezimiennym byś nie był, odkryjesz w Planescape coś godnego uwagi. Silent Hill 2 jest strasznie smutny, niezwykłością Tormenta jest jego zdolność do skłaniania ku refleksji. I to, że fabułę można odebrać inaczej, gdy minie kilka lat od ostatniego przejścia. Czyżby to czas mógł zmienić naturę człowieka, a przynajmniej postrzeganie pewnych spraw? Prawdopodobnie szczytowe osiągnięcie w kategorii fabuła na ekranie monitora.

No, to by było na tyle. Dam sobie lewa rękę uciąć, że zapomniałem o jakimś hitowym tytule. Tak czy siak, z wyglądu listy jestem całkiem zadowolony – to 15 gier i 15 wspaniałych opowieści. Gorąco polecam przeżyć każdą z nich.

Share on FacebookShare on Google+
visage

K.M.J.

Gracz od urodzenia. Fan gier z tabelkami i wykresami. Leniuch. Miłośnik dobrej fabuły.

You may also like...

3 komentarze

  1. Paweł pisze:

    Autor zapomniał o grze To the Moon. Jeśli nie grał, to radzę nadrobić i z pewnością pierwsza trójka tego rankingu się zmieni.

  2. Tundo pisze:

    Żartujesz? To The Moon w żadnym wypadku nie jest grą wyjątkową. Korzysta z dosyć tanich, emocjonalnych chwytów – ale trudno tutaj mówić o czymś wybitnym – a już na pewno nie o czymś, co można postawić obok Planescape Tormenta czy Silent Hilla 2.

    Od siebie pewnie dodałbym Bioshocka:Infinite, bo końcowe zwroty akcji, to coś niesamowitego, no i warto też wspomnieć o Life is Strange – które od strony fabularnej jest grą o tyle wyjątkową, że opowiada historię w taki sposób, w jaki nie opowiadała dotychczas niemal żadna gra komputerowa.

  3. Sferowiec pisze:

    Przede wszystkim NIER ten Mass effect to jakieś nieporozumienie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *